Nowości
  • Nasi partnerzy

    Nasi partnerzy

     

    Gmina Goleszów

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    Gmina Goleszów

    Powiat Cieszyński
    Miasto Ustroń
    Miasto Ustroń
    BBFan
    http://www.outdoorzy.pl/
    www.nutrend.pl
    Woda Jurajska
    Ceramika Pilch
    www.bodydry.pl

     

  • Patronat medialny

    Miło nam poinformować, że patronat medialny nad Beskidzką 160 Na Raty objąłęły między innymi:

    Strona internetowa portal Biegi górskie
Wizyt:
Dzisiaj: 102Wszystkich: 185255

BESKIDZKA 160

Sponsorzy » Relacje » BESKIDZKA 160


BESKIDZKA 160 – ucieczka przed złamanymi przyrzeczeniami
Minęło niemalże 6 miesięcy od ultra biegu, w trakcie którego obiecałam sobie, że nigdy więcej…
Robiąc po raz drugi, tego samego dnia, podejście pod Równicę, ba w ciągu dwóch godzin, zaczęłam sobie przypominać tamte chwile i robić sobie wyrzuty. Gdzie podziała się twoja konsekwencja ?! Odpowiedź: została za Tobą gdzieś z tyłu po starcie, ale teraz zaczyna Cię doganiać i podszeptem do ucha nakłania Cię do rezygnacji. Konsekwencja zaczyna prowadzić głośną słowną walkę z wytrwałością. Ciągle się punktują i nawzajem wyprzedzają. Niebawem do dyskusji dołączy jaszcze ból i bojowe serce.

Wszystko we mnie krzyczy jak przekupki na targu. Wlekąc się pod Równicę, nagle staję i zaczynam krzyczeć, „czy ta góra nigdy się nie kończy !!!”. Pomiędzy każdym słowem był oczywiście nasz tradycyjny polski przerywnik zaczynający się od literki k, ale może ze względu na szacunek dla Czytelnika i z dbałości o polszczyznę, nie będę go literować do końca. Uff… góra się w końcu skończyła, szkoda tylko, że wraz z jej wierzchołkiem, który pozostawiłam za sobą, nie zostało tam jeszcze moje ultra zmęczenie. Do głosu zaczął dochodzić ból kolan. Był to dla mnie szok, bo uporałam się z nim jakiś rok temu. Ból kolan znałam tylko z opowieści innych biegaczy i z ich powykrzywianych od bólu twarzy, bo mnie po kilku miesiącach biegania, udało się z nim wygrać. Teraz jednak powrócił, by nie dać zapomnieć o sobie już do końca biegu. Ba, nawet na drugi dzień jest tak uporczywy, że schodzę po schodach bokiem, a wychodzę tyłem. Wygląda to, co najmniej komicznie.

Na każdy ultra bieg oprócz plecaka, w którym mam wszystkie najważniejsze rzeczy staram się zabrać ze sobą jakąś nierozwiązaną sprawę, tak by mieć o czymmyśleć. Tym razem to nie zadziałało. Ból był tak wszechogarniający, że dobrał się do każdej szarej komórki odpowiedzialnej za myślenie. W przypływie rozpaczy zaczęłam klepać Różaniec i to nie dlatego, że przodująca ze mnie katoliczka. Co to, to nie, ale klepanie tego samego w kółko ma swe plusy. Ważne, że odciągało myśli od kolan i ich bólu. W konsekwencji klepałam już kilka Różańcy, koronki i czego jeszcze tam babcia mnie nauczyła, w czasach, gdy byłam dzieckiem. Niemniej jednak nawet 50 zdrowasiek to za mało, aby w ich czasie ukończyć ten bieg. Dialog z samą sobą, albo raczej monolog, pod tytułem „jak można być takim głupim, żeby w piękny sobotni dzień, zamiast siedzieć sobie na balkonie, pić kawkę i wsuwać ciasto, dreptać i męczyć się po szlakach, których pewnie i tak nie zapamiętam”, zaczynał mnie już nudzić. A i tak do niczego nie prowadził. To, że jestem stuknięta odkryłam już w czasach dzieciństwa, teraz się tylko w tym utwierdzam. Za późno na rehabilitację, przynajmniej tę psychiczną, bo na fizyczną przyjdzie czas w najbliższych kilku dniach. Wybiła godzina 12:00. Pamiętam to, bo wówczas zadzwonił mój Szef, pierwsza myśli:
pierwszy sygnał: matko, co znowu narozrabiałam…
Drugi sygnał: Odbierać/nie odbierać…
Trzeci sygnał: chyba nic nie nawywijałam…
czwarty sygnał: czego może chcieć ?…
piąty sygnał: no dobra odbiorę…
W telefonie słyszę: „Sylwuśka możesz rozmawiać?”. „No nie bardzo, bo jestem właśnie na jakimś 40 kilometrze niekończącej się trasy…”, „dzwonie, bo chciałaś urlop, a ciągle raportu nie widzę..” no tak, w całym ferworze przygotowań do biegu zapomniałam napisać o mój upragniony urlop. Dobrze, że jednak odebrałam… No dobra, pogadałaś a teraz leć dalej, albo raczej kuśtykaj, idź, wymęcz dalej tę trasę, bo nie ma sensu obrażać tego, co robisz, bieganiem.
Przez całą drogę bardzo chciało mi się pić. Przetoczyłam przez siebie ponad pięć litrów wody. Dla kogoś może to mało, dla mnie to hektolitry płynów. Staram się przyzwyczajać organizm do tego, by w czasie biegu jak najmniej potrzebował wody. Po prostu szkoda mi czasu na zatrzymywanie się tylko po to by coś tam przełknąć. Jednak teraz ciągle piłam. Wodę, którą miałam ze sobą, tę którą dolewałam na punktach żywieniowych i tę spotkaną po drodze. Drobne potoczki, niosły ze sobą czystą i chłodną wodę. Raz była bardzo gorzka. W myślach zaczęłam już roić sobie, że pewnie to jakaś trucizna i zaraz po mnie helikopter przeleci. Tylko kurcze, jak on mnie znajdzie, skoro ja sama nie wiem gdzie jestem. Poza tym czy ja w ogóle zdążę wezwać pomoc… o matko, a czy w ogóle ja jestem ubezpieczona na takie rewelacje. O Boże, dobrze, że przynajmniej dzień wcześniej paznokcie pomalowałam na czerwony kolor. W razie gdyby było mnie ciężko znaleźć wśród krzaków, to może w jakiś sposób będę się odróżniać od mojego czarnego stroju… optymistka. Jeszcze nie widziałam zaginionego, którego by po paznokciach odnaleźli…. Ale przynajmniej będę ładnie wyglądać… może akurat jakiś przystojny pan sanitariusz…. Ałaj, cholerne kolano, przywróciło mnie do pionu. Biegnę dalej, mając nadzieję, ze ta woda po prostu tak ma…. Słodkie napoje mam w plecaku… w ciągu niemalże 16 godzin przygody zrobiłam tylko jedną „siuś” przerwę. I to wymuszoną w obawie przed tym by nerki nie zaczęły mi fiksować podobnie jak kolana, stopa, głowa – no dobra ta już dawno odjechała – szyja… o ta część mojego ciała też jest warta odrębnego akapitu. Plecak tak obdarł mi naskórek z lewej części szyi, że teraz mam ślad jak po niezłej malince. Matko, w pracy nikt mi nie uwierzy, że to od plecaka. Kurczę, będę musiała chodzić do pracy w apaszkach. Ale mam ich bardzo mało. Musze koniecznie wybrać się na zakupy i nadrobić te zaległości. Kiedy po biegu zobaczyłam nie tylko swoją szyję, ale także odrapane plecy od plecaka, to wyglądałam jakbym była po bardzo upojnej nocy. Któż by pomyślał, że dreptanie ponad 90 kilometrów ma takie same skutki. Przynamniej te widoczne, bo tych dwóch rozkoszy nie bardzo da się porównać. Ale wróćmy do tematu, zanim odbiegnę od niego za bardzo. Skupiając uwagę na mym bardzo skromnym przeglądzie apaszek, albo raczej jego poważnym niedoborze, na przód wysunęła mi się myśl, jak ja kocham być kobietą. Zawsze takie rzeczy można zatuszować. I gdy zaczęłam już snuć bogate plany, do którego tu sklepu by się udać i jaką tę apaszkę by sobie kupić zobaczyłam coś ogromnego przede mną. Było to straszne. Klimczokiem się to nazywa. Wtedy przestałam dziękować Bogu za to, ze jestem kobietą. Teraz chciałam być facetem i mieć trochę więcej mięśni na sobie niż mam. Patrzyłam na ta TO zjawisko i ciągle mówiłam jedno słowo: o k…, o k…, o k… , o ja pierd….. !!!! potem… no dobra Sylwuśka weź się w garść. Wdech/wydech, wdech/wydech. Nie patrz na to okropieństwo. Po prostu na nie wejdź. Powoli, bez nerwów, bez spinki. No tak, przecież szybko na pewno nie dam rady tam wejść. Moje nogi były jak dętka i to dziurawa… Jeśli tam mnie wyprowadzą to na mecie uklęknę przed sobą, Bogiem i całą naturą. Pod warunkiem oczywiście, że zmieszczę się w wyznaczonym limicie… nogi bierzcie się do roboty. Najpierw prawa, potem lewa i tak na zmianę. Raz, raz, raz. Spojrzenie w górę… o k…, o k…, o k…. czy to się kiedyś skończy… Sylwuśka nie patrz w górę, parz pod nogi, nie myśl, o tym co masz zrobić i w takiej oto gonitwie myśli dotarłam na ten (tu kilka niecenzuralnych słów) szczyt, którego o ironio nie pamiętam !

Z minuty na minutę stan moich kolan się pogarszał. W szczytach najgorsze jest to, że jak na niego wyjdziesz, to musisz potem z niego zejść… dla bolących kolan nie ma nic gorszego niż zbieg z góry. Kiedy stanęłam na jednym z nich moje ciało ogarnęły dreszcze. Czułam jak zbiera mi się na płacz z bezsilności, ze złości, z bólu. Jednak na płacz nie miałam siły. Chciałam płakać, by wyrzucić z siebie cały ten gniew i wszystkie negatywne emocje, ale po prostu nie miałam siły. Schyliłam się do ziemi i ostatkiem sił zebrałam się ponownie w garść. Chyba już dwudziesty raz tego dnia. Jeśli nie dalszy. Po raz kolejny nadałam ton moim nogom. Prawa, lewa, prawa, lewa. Miałam wrażenie, że bez tego nie ruszą, że zapomniały jak prawidłowo, szybko i skutecznie się poruszać. Z przygryzionymi wargami od bólu, zaczęłam powoli dreptać. Co krok, co raz szybciej. Nie miało to już znaczenia czy idę, czy biegnę, bo ból był taki sam. Z tą różnicą, że gdy zbiegnę to szybciej się skończy. Zatem resztkami woli napędziłam moje nogi do pseudo biegu i tak stoczyłam się na dół. Wszystko, co było proste i z górki starałam się biec, wszystko co prowadziło pod górę pokonywałam piechotą. W pewnym momencie ogarnął mnie śmiech. Pagórki, które w warunkach treningowych pokonywałam bez zadyszki, teraz urastały do szczytów w Tatrach. Nogi były jak z waty. Wszystko, co na moim ciele nie było mięśniem, miałam wrażenie, że chce się oderwać od reszty ciała. Przynajmniej wiedziałam, nad czym muszę popracować w najbliższym czasie. I w takim stanie doczłapałam do Kościoła na szczycie w Skoczowie. I wtedy chyba zaczął się naprawdę najtrudniejszy odcinek. Spojrzałam na zegarek. Godzina 19:00, zapadła szarówka, a ja właśnie miałam rozpocząć wycieczkę biegową po szlaku żółtym prowadzącym przez las. Super. Normalnie Zaj…. O k…, o k…, o k… wyjęłam z plecaka czołówkę pożyczoną od kolegi i miałam nadzieję, że przyniesie mi szczęście. W sensie, że nie zgubię na tym szlaku zębów, które zupełnie niedawno sobie zrobiłam. Szkoda by było po dwóch latach kopania się z aparatem i dentystami. I zaczęłam spacerek. W lesie ciemno było jak w zadku nie powiem u kogo. Wszystkie zmysły miałam wyostrzone. Z czołówki zrobiłam latarkę. Trzymałam ją cały czas w ręku, bo nie chodziło tylko o to, aby gleby nie zaliczyć, ale super by było również się nie zgubić. Trasa była bardzo dobrze oznaczona. Chwała Najwyższemu. W drodze do Skoczowa znalazły się osoby, którym oznaczenia Organizatorów w czymś przeszkadzały. Nie wiem jak nazwać takich ludzi. Nie wiem, co nimi kieruje. Złośliwość, zawiść, zazdrość… nie wiem.  W każdym razie w tym lesie oznaczenia pozostawili i dzięki temu mogłam jakoś przebrnąć przez te gąszcza. Moje zmysły pamiętały dokładnie te drogę, ale pokonywaną w przeciwna stronę. Wiedziałam dokładnie ile jeszcze drogi mi pozostało. Wtedy jeszcze się nie bałam. Pomyślałam wówczas, że pewnie jeszcze trzy lata temu zadzwoniłabym do Organizatora i powiedziała, ze nie ma takiej pieprzonej opcji i nie pobiegnę przez ten las. Teraz nie czułam strachu. Do momentu, kiedy przebiegałam przez pola kukurydzy… Po prawej stronie miałam las, którego gałęzie z drzew odrapywały moje ramię. Po lewej stronie ciągnące się do daleko idącego horyzontu pola kukurydzy. W pewnym momencie usłyszałam, że coś się tam, pomiędzy tymi ogromnymi łodygami rusza i raczej to nie była mysz. Zaczęłam nasłuchiwać. To COŚ zaczynało przesuwać się w moją stronę. Pierwsza myśl: dzik. Matko gdzie ja przed tym ucieknę. A jeśli to nie dzik, tylko człowiek i do tego jakiś nawiedzony… dzikowi pomacham plecakiem przed ryjem i może da sobie spokój. Domniemywam, ze żadna dwunożna istota czegoś takiego by się raczej nie przelękła. Matko, przecież nawet jeśli zadzwonię po pomoc, to co ja im powiem?. „Jestem przy kukurydzy obok wielkiego Dębu? Nie, nie, to chyba nie Dąb, tylko Klon, jest ciemno i kształt liści mieni mi się przed oczami. Że co?, że kierunek stron świata. Człowieku kobietą jestem. Co najwyżej mogę Ci powiedzieć, co mam po prawej stronie, a co po lewej – czyli drzewa i kukurydzę …” oczywiście jeśli strony mi się nie pomylą, co zdarza mi się nadzwyczaj często, głównie na skrzyżowaniach…. O k…, o k…, o k…, o ja pierd….. !!! W tej sekundzie cały ból, zmęczenie i co tam jeszcze w ciele było, po prostu się ulotniło. Dostałam takiego Speeda, jakby ktoś mi dynamit w butach odpalił. Nie patrzyłam gdzie stawiam nogi. Wierzyłam, że robię to już na wyczucie, że nic złego się nie stanie. W końcu mam silnego Anioła Stróża. Jest to połączenie Gołoty i Einsteina. Jeden wyciąga mnie z kłopotów a drugi myśli jak to zrobić…. Latarka służyła już tylko do tego by kontrolować oznaczenia na drzewach. Przestałam biec jak pola kukurydziane się skończyły. Weszłam ponownie w las. A tam totalna breja. Nie zależało mi już na niczym. Uważałam jedynie by nie zgubić butów. Najdosadniej rzecz ujmując chrzaniło mnie to, czy do butów wdziera mi się woda. Nie miałam już sił, ani czasu na to by przejmować się takimi rzeczami. Było przed 20:00, a ja ciągle w lesie. Dosłownie i w przenośni. Zaczęłam już kolejny raz w ciągu tego samego dnia stresować się, że nie zmieszczę się w limicie czasowym.  Przeszłam to błocko i tak dotarłam na polankę, stamtąd już kilkadziesiąt metrów i asfalt. Uff, Sylwuśka żyjesz. Nic Cię nie zjadło, nic Cię nie porwało. Biegniesz dalej, albo przynajmniej udajesz, że to robisz. Człapę i człapę, a końca nie widać. W pewnym momencie oznaczenia się skończyły. O k… znowu się zgubiłam ! Telefon do Organizatora. Chyba już szósty w ciągu tego samego dnia. Dziwię się, że mój numer telefonu nie był z automatu odrzucany, albo co najmniej zablokowany. Nękałam nim Artura jeszcze ładnych kilka razy później. Oczywiście pomyliłam drogę, ale dzięki czujności Organizatora jakoś podążałam w stronę mety. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Niby już Dębowiec, ale nigdzie nie ma świateł. Jakby cała wieś wymarła. Tylko jakieś psinki szczekały w oddali. Biegnę i biegnę (i teraz nie żartuje, na zegarku miałam już 20:30, zatem z duszą na ramieniu dreptałam znowu w obawie, ze nie zmieszczę się w limicie czasowym). Około kilometr przed metą, musiałam wykonać kolejny telefon do Artura czy aby na pewno dobrze idę. Zmęczenie robiło swoje. Dzień wcześniej, pokonałam te drogę dwa razy. Pamiętam ją, ale po niemalże 16 godzinach biegu, zmęczenie jest tak ogromne, ze rzeczywistość zaczyna być inaczej postrzegana. Wtedy też usłyszałam, że zostało mi około kilometra do Wilii i tym samym do mety. Gdy doszłam do ulicy słonecznej, to ponownie zaczęłam truchtać. W końcu to bieg. Na metę musiałam wbiec, choćbym miała płuca wypluć. Tam czekała już na mnie grupka towarzyszów, którzy ukończyli tę katorgę. Około 150 metrów przed metą zaczął biec ze mną chłopak, który dodawał mi otuchy na tę końcówkę. Jedyne, co byłam w stanie z siebie wykrztusić to „nie mam już siły”. Ale biegłam. Wpadłam na metę wśród oklasków kilku osób, którzy doskonale rozumieli, co czułam. Tam padłam na kolana, na cudnie zroszoną trawę i powiedziałam „nigdy więcej”. Wszyscy zaczęli się śmiać. Usłyszałam jak ktoś odpowiedział, „jasne, każdy to mówi, a potem jest kolejny ultra”, „ja na pewno już nie pobiegnę w niczym, co ma więcej niż 10 kilometrów !”. I znowu śmiech. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie wierzy. No przecież, jeśli mówię, ze to ostatni mój ultra, to znaczy, ze ostatni… cóż dziś nie jestem już tak bardzo do tego przekonana. To chyba jest tak, że jeśli raz się wejdzie w krąg tak cudownie zakręconego świata ultra biegów, to nie można z niego już wyjść. Te emocje, te przeżycia, to poczucie dumy… to uzależnia. Ciężko bez tego żyć. Na mecie wyściskałam Organizatora, któremu zawdzięczam w dużym stopniu, że w ogóle tam dotarłam. Jego wskazówki na trasie były bezcenne. Wtedy tez sobie przypomniałam rozmowę z Nim dzień wcześniej. Gdy pytałam Go o szczegóły trasy, Artur zapytał Ty biegniesz krótką trasę, tak?”, „że co?, że jak się ma 158 cm wzrostu i 50 kg, to od razu krótka? , o nie biegnę długą !”. I to zrobiłam. Potrzebowałam na to 15 godzin i 41 minut. Tamara zrobiła to w ponad dwie godziny krócej. Pełen podziw. Ale szacunek mam dla każdego, kto ukończył ten bieg, kto odważył się by go w ogóle rozpocząć. Zwycięzcami tamtego dnia był każdy z nas. To, czego dokonaliśmy jest często poza zasięgiem ludzkiej wyobraźni, a co dopiero rzeczywistości. Jedyne, co teraz ciśnie mi się na usta, to DZIĘKUJĘ. Za cudowną atmosferę. Był to bardzo kameralny bieg. Wzięło w nim udział niespełna 50 uczestników łącznie w trasie krótkiej oraz długiej. Dziękuję Organizatorom, za ogromny wkład pracy, jaki musieli włożyć, by przygotować ponad 100 kilometrów trasy, aby żadnemu z uczestników niczego nie brakło podczas biegu. Uśmiech każdego z Was był dla mnie bezcenny, dodawał otuchy, czyli tego, czego najbardziej potrzebowałam. Dziękuję również Uczestnikom biegu. Miło wiedzieć, że jest więcej takich wariatów na Ziemi, którzy zamiast spędzać piękny sobotni dzień przy kawie na balkonie wolą spędzać go biegnąc przed siebie po cudnych szlakach polskich Gór.

Sylwia Skrzypek